Dzikie Róże



O tym jak toczą się dalsze losy naszego marzenia możecie przeczytać tutaj:
https://dzikierozewjanicach.blogspot.com/

wtorek, 23 grudnia 2014

Zmiany w myśleniu.

Dopóki nie znaleźliśmy przystani w Janicach, nieustannie byliśmy głodni ziemi, przynajmniej hektara, dwóch. Ziemia była priorytetem.
Dlaczego?
Na początku naszej wspólnej drogi staliśmy się użytkownikami małego ogródka. Nie mieliśmy żadnych ogrodniczych doświadczeń i nie spodziewaliśmy się, że kontakt z ziemią może wywołać taką rewolucję w myśleniu. Możliwość uprawiania ziemi, przyglądanie się wzrostowi posadzonych przez nas roślin i ta  satysfakcja z plonów - to było coś całkiem nowego. W bardzo młodych ludziach, jakimi wówczas byliśmy, obudziły się jakieś pierwotne instynkty, wręcz mistyczne doznania łączności z istotą życia, siłami natury. Już po pierwszym sezonie potrafiłam zrozumieć dziadka, który rozchorował się i umarł, kiedy zabrano mu ziemię na potrzeby PGR-u. Tak się złożyło, że my także musieliśmy opuścić nasz mały kawałek ziemi i przeprowadzić się do bloków. Już pierwszego dnia poczułam się jak ptak uwięziony w klatce. Wiedziałam, że długo tam nie nie wytrzymam. Oczekiwanie na powrót trwało długie dwa lata. Choć jest to tylko 6 arów, to zajmuje sporą część mojego serca.
Apetyt na więcej stopniowo narastał, aż osiągnął masę krytyczną. Tyle że w okolicach Krakowa ziemia jest b. droga, a położona w ładnym miejscu - tylko dla milionerów. Marzenia odłożyliśmy na kilka lat, czekaliśmy na wygraną w totka. Aż podczas kolejnej podróży po Europie przyszło olśnienie. Dlaczego mamy do końca życia mieszkać w obskurnej, zanieczyszczonej okolicy? Skoro dzieci wyfruwają z gniazda to i my możemy wyrwać się z Małopolski.
Kiedy wreszcie znaleźliśmy naszą ziemię obiecaną w Janicach, dom był tylko niezbędnym dodatkiem do osiągnięcia wytyczonego celu.
Zmiany w naszym myśleniu o nim zachodziły stopniowo. Po kilku tygodniach oswajania się z nowym miejscem, dom zawładnął nami całkowicie. I jest coraz gorzej ;)
Pochylamy się nad domem jak nad niemowlęciem: "jakie śliczne stópki, a jaki cudny nosek, popatrzcie na te rzęsy!" Jako że ruchomy dobytek został wywieziony (sąsiedzi wspominają, że ciężarówki wypełnione meblami i zastawą wyjeżdżały przez wiele dni, ponoć do 2011 roku ocalało całe przedwojenne wyposażenie), nam pozostaje zachwycać się nieruchomością. Jaki piękny zamek skrzynkowy! cudne okiennice! sklepienie w oborze!  a jaka piwniczka! Znajomi patrzą na to z niepokojem, chyba nam odbiło.
Zachwyt nie maleje, uczucia stają się mocniejsze. Przez te siedem miesięcy wykształciła się dojrzała więź, dom nami zawładnął.
Z początku nie podobał się nam za bardzo. Rogata Owca była pierwszą osobą, która spojrzała na niego z przychylnością. Dla nas był za duży (większe koszty remontu i utrzymania), a prosta bryła sprawiała, że wydawał się zwalisty. Niektórym kojarzył się z piętrowym barakiem! Dla mnie najgorsze było to, że był ustawiony w poprzek do głównej drogi, więc droga dojazdowa prowadziła na podwórko, dom zostawiając z boku. Widok po wjeździe zamiast na drzwi wejściowe, to na szambo. Byłam nawet skłonna wytyczyć nową drogę dojazdową (okropne koszty!!!), tak, aby dojeżdżała na wprost głównego wejścia.
Teraz te wszystkie wady nie mają już znaczenia. To jak z dziewczyną, która marzyła o księciu z bajki, a spotkała przeciętniaka i zakochała się po uszy. Dzisiaj nasz dom wydaje się nam piękny!

Bardzo chcemy poznać przeszłość obiektu naszego uwielbienia. Snujemy się po pokojach wyobrażając sobie mieszkańców sprzed stu lat. Jak wyglądali, kto z nimi mieszkał - mieli trzy pokoje dla parobków i dwa dla rezydentów, chyba. Zachodzimy w głowę, jak korzystali z piekarników w kaflowym piecu w pokoju na piętrze.
Nie mamy żadnych zdjęć, dokumentów z tamtych czasów. Zdobyliśmy adres wnuka gospodarza z sąsiedniego domu. List z prośbą o jakiekolwiek informacje pozostał bez odzewu.
Aż tu nagle takie znalezisko, nareszcie wiemy kto tu mieszkał przed wojną! W śmieciach za stodołą leżał metalowy szablon.



W czeluściach internetu znalazłam zdjęcie Alfreda i informację, że był niewiele starszy od nas, kiedy musiał opuścić swoje gospodarstwo. Dożył 101 lat. Za więcej informacji serwis Heritage wymaga podania nr swojej karty kredytowej. Chyba nie będę ryzykować. Chociaż mnie korci.

Wszystkim odwiedzającym nasz blog z okazji zbliżających się Świąt życzymy tego samego, co sobie: kilku dni spokoju, chwili wytchnienia od trudów życia, zdrowia w rodzinie i możliwości naładowania akumulatorów na kolejne miesiące, a w Nowym Roku wielu sił w dążeniu do celu.









piątek, 19 grudnia 2014

Prawie gotowa.

Pogoda sprzyja remontującym i budującym. Pięć dni zajęły ostatnie przygotowania stodoły do zimy. Sąsiedzi przestrzegają, że w czasie solidnej śnieżycy u stóp naszej stodoły tworzą się dwumetrowe zaspy. To wielce prawdopodobne, bo od północy gospodarstwo nie ma żadnej osłony, dwieście metrów łysej łąki do najbliższego lasu. Dziwnie tak myśleć o zaspach w środku najcieplejszego w historii pomiarów grudnia, ale pogoda w naszym klimacie jest bardziej zmienna niż najbardziej zmienny mężczyzna. Dla nas dobrze byłoby, gdyby jeszcze tej zimy przyszły śniegi, wichury i ulewne deszcze, żebyśmy mogli przetestować nasze włości, zanim w nich zamieszkamy. Całe szczęście pogoda nie zależy od nas, wiec gdyby co, to zażalenia proszę kierować pod inny adres.

Ale do rzeczy. Północna ściana szczytowa, ta najbardziej narażona na deszcze, jest "jak nowa". Biorę to w cudzysłów, bo po pierwsze mam nadzieję, że nie wygląda na nową, a po drugie oczywiście jest zrobiona ze starych desek. Nie mogę się powstrzymać i po raz kolejny wklejam zdjęcie początkowego stanu - tak bardzo cieszy mnie każdy postęp!







Piękna, prawda?

Przy okazji trzeba było wyciąć kilka dzikich bzów. Niestety wyrastały prawie spod ściany. Na szczęście zostało ich jeszcze sporo w dalszej odległości od stodoły. Staramy się zachować dwa jesiony, które też są blisko, ale przycinając im kilka gałęzi, które wchodziły na stodołę, zapobiegnie się uszkodzeniom desek.
Najtrudniej będzie z lipą (zdjęcie poniżej, zaznaczyłam ją strzałką), rośnie pół metra od  muru. Mam wielką nadzieję, że uda się jej żyć w zgodzie ze stodołą, bo jak nie, to będę miała spory dylemat: drzewa nie przesadzę, bo korzenie ma pod murem, a stodołę przesunąć też będzie trudno....
A obie są dla mnie równie cenne.



Od wschodu też udało się dużo zrobić. 
Widok w czerwcu:

Widok w grudniu:



Może niewiele widać, więc wyjaśniam: stare, spróchniałe deski zostały wymienione na ... stare, ale nie spróchniałe. Kiedyś pod nimi był kamienny murek, ale się rozsypał, więc i on został pieczołowicie odtworzony.

Nadszedł czas na drzwi. Wszystkie trzeba było zrobić na nowo. Koniecznie ze starych desek i dotychczasowych zawiasów. Śruby musiały być nowe, trzeba jeszcze je przyciąć i zamalować.



Tak drzwi stodoły wyglądały w maju:



Naturalnie z północnych drzwi zostało najmniej. Dobrze się złożyło, że kiedyś przy okazji kupowania jakiś staroci zauważyliśmy stare drzwi od warsztatu. Okazało się, że właściciel chce się ich pozbyć. Były świetne, więc nabyliśmy je nie wiedząc jeszcze, do czego mogłyby nam się przydać. Stały sobie cierpliwie kilka miesięcy aż wreszcie ...
już wiadomo: będą drzwiami do mojego warsztatu.






Trochę trzeba było nagłowić się nad tym, jak je dopasować do otworu w stodole, ale udało się.
(zabudowa od góry drzwi jest tymczasowa, tylko do wiosny).

Większe drzwi są prawie gotowe, zabrakło tylko trochę farby. Zdjęcia znów z komórki :(


Tak się cieszę, że wreszcie widać jakieś postępy. Przez pierwsze miesiące pracowaliśmy równie intensywnie, a miałam wrażenie, że praca stoi w miejscu.
Potrzebowaliśmy czasu, żeby nabrać pewności siebie. Oswajaliśmy się z nową sytuacją, poznawaliśmy kolejnych sąsiadów. I kolejnych blogerów. To dzięki ich wsparciu udało się zajść tak daleko. Już sama atmosfera serdeczności dodawała nam otuchy. Przecież wylądowaliśmy tutaj nie znając żywej duszy, nie mając pojęcia, jak zacząć, komu można zaufać, gdzie szukać rąk do pracy, gdzie kupować jajka, a gdzie materiały budowlane. I na czyim ramieniu można się wypłakać, kiedy coś nie wychodzi. Rozmiar otrzymanej pomocy od prawie nieznanych nam ludzi był ogromny. Kiedy nie mogliśmy znaleźć pomocników do ciężkich robót, pewni blogowicze  pracowali z nami od świtu do nocy przez wiele dni. Za jeden uśmiech! No, może tych uśmiechów było więcej, bo nie mogliśmy przestać, kiedy patrzyliśmy na tę bezinteresowną pomoc. Jedni sąsiedzi czuwają nad gospodarstwem podczas naszej nieobecności, przyjmują za nas transporty materiałów budowlanych, inni przechowują nasz cały zmechanizowany dobytek. Potrzebujemy traktora? brony? tura? Proszę bardzo, telefon i przyjeżdża. Tyle dobra doświadczyliśmy przez te miesiące wytężonej pracy!
Dziękujemy wszystkim!!!



niedziela, 7 grudnia 2014

Drugie życie stodoły.

Kiedy w maju przyjechałam z pośrednikiem na oglądanie kolejnej oferty sprzedaży myślałam, że to dom sąsiadów. Taki piękny, drewniany. A tu miła niespodzianka - to cudo jest stodołą należącą do sprzedawanego gospodarstwa.


Od strony podwórka nie zachwycała tak bardzo. Pokryta cementową dachówką, w jednej czwartej przegniłe belki i spróchniałe łaty. Cała konstrukcja dachu mocno chyli się ku południowej ścianie.
To nic, ściana południowa jest piękna, a w trakcie karczowania drzew, które wrastały w jej fundamenty, naszym oczom ukazywały się kolejne piękne detale. 


Czy te małe okienka były przeznaczone dla nietoperzy?


W październiku zaczęliśmy przygotowywać stodołę do zimy.
Po pierwsze trzeba ją wyprostować. Chyba kiedyś już pisałam, jak M. z tatą widzieli to w maju:
"Tu zasztrabujemy, tam naciągniemy. Jakieś naciągi w domu są, ale może trzeba będzie kupić większe i zrobi się. To nie jest problem. Belki i krokwie się wymieni, dachówki uzupełni. Ale drzwi trzeba będzie zrobić nowe."
Nie brałam tego poważnie. Tymczasem słowo stał się ciałem :)

Stan początkowy, widok od strony podwórka :



Północna ściana:



A potem w październiku ...










Po założeniu nowych belek i krokwi:



 A dziesiątego dnia:


Zdjęć z wnętrza, tzn. naciągania więźby nie mam, bo zapomniałam aparatu, a komórka z braku światła robiła rozmazane :(

Ile nas to kosztowało?
Całe drewno kupiliśmy z rozbiórek innych stuletnich budynków. Tańsze i w świetnym stanie. Miałam z tym fajną zabawę, kiedy je wiozłam wystające przez otwarte drzwi transita krętymi drogami z Lwówka.
Tymczasowo założona dachówka holenderka była gratisem dorzuconym do którejś partii zwożonej zewsząd starej dachówki.
Z nowych rzeczy: rusztowanie (ale i tak już z niego M. korzystał przy zakładaniu rynien), liny i podciągi. Kilka kilo gwoździ, śrub i jakiegoś innego żelastwa. Aha, łaty też były nowe.
Plus bezpłatny urlop na dziesięć dni.

M. ze swoim tatą pracowali od siódmej do szesnastej przy dziennym świetle i od szesnastej trzydzieści do dwudziestej pierwszej/drugiej przy mocnych żarówkach. Ja zwoziłam z okolicy materiały budowlane, nadzorowałam szaleństwa koparkowe, wypełniałam stodołę drewnem na opał, a w wolnych chwilach posadziłam 350 sadzonek na żywopłot. To były cudowne chwile! Zwłaszcza, że coraz lepiej idzie mi nauka powolnego życia :)

Tyle było zrobione w listopadzie. A w grudniu moi dzielni panowie już kończą  północną i wschodnią ścianę. Troje drzwi już zrobione i pomalowane. Nie mam jeszcze zdjęć, bo tym razem nie mogłam pojechać do Janic, dostanę je po ich powrocie. Wkrótce całość będzie gotowa na styczniowe śnieżyce. Już teraz przechowuje nasze skarby: pierwsze czerwcowe siano, drewno, dachówki.
P.s.
Apogeum problemów zdrowotnych w rodzinie mamy za sobą. Teraz może być już tylko lepiej :)




niedziela, 30 listopada 2014

Cisza.

Co nie oznacza, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. To cisza w trakcie burzy, taki czas między jednym a drugim grzmotem. A może następnego już nie będzie?
Życie biegnie nam dwutorowo. W domu choroba za chorobą, pochód lekarzy, pielęgniarek, szpital. Już jest lepiej. Może wreszcie odpocznę, oswoję się z nową sytuacją. Opanowałam już strach przed dawaniem zastrzyków, teraz będzie mi już łatwiej. Chociaż nie dam rady wyrwać się do Janic, mogę chociaż kontynuować bloga.

A tam remont nabiera rozpędu. Siedlisko zaczyna przypominać plan zdjęciowy do filmu, tylko nie jestem pewna jakiego. Horror, kryminał, katastroficzny? Chyba wszystkiego po trochu, nawet komedię można by kręcić.
Po tych kilku miesiącach samodzielnych zmagań, M. dojrzał do zatrudnienia pomocników. Najpierw odpuścił sobie pomysł samodzielnego przekładania dachu, teraz zrezygnował nawet z wersji mieszanej, tzn. majster-góral plus ekipa naszych przyjaciół, która była planowana na wiosnę. Bierzemy profesjonalistów.  Obserwowaliśmy firmę, która remontowała dach u sąsiadów i spodobało się nam. Inni sąsiedzi też wydali pozytywną opinię na ich temat, więc decyzja zapadła. Natomiast podczas narad z szefem doszliśmy do wniosku, że dach może jeszcze zaczekać, bo najważniejszą sprawą jest izolacja fundamentów.
Podejrzewaliśmy, że fundamenty są niewielkie. Teraz już wiadomo, że średnia wysokość to 10-20 cm. Dom posadowiony jedynie na kamiennej podsypce to dla nas egzotyczny widok, ale naszej firmy to nie dziwi. Połowa domów przez nich remontowanych posiadała podobne rozwiązanie.
Fundamenty skromniutkie, za to grubość ścian jest imponująca: 65 metrów naszych ścian ma szerokość 80 cm, a północna ściana do pewnej wysokości ma szerokość 130 cm!



Oto nasz wiszący dom. Zdjęcia będą marne, robione komórką.



 
Widok fundamentów od strony obory.



A to początkowa faza wykopalisk.


Mozolna robota,  z którą nie można się śpieszyć. Odsłonięcia muszą być niewielkie i oddalone od siebie, aby nie naruszać stabilności domu. Te prace trwają u nas prawie miesiąc i już wiadomo, że nie zdążyliśmy przed mrozem. Czekamy do wiosny.

W czasie kiedy ekipa podkopuje nam dom, reszta gospodarstwa także przeżywa ciężkie chwile. 
Takie na przykład biedne szambo. Stało sobie spokojnie nie wadząc nikomu. Nieczynne, bo w Janicach jest kanalizacja (!!!). A tu przyjechała kopara i zakończyła jego cichy żywot.



Ta piękna maszyna dowodzona przez świetnego koparkowego była naszym częstym gościem i sporo narozrabiała.

Ale o tym napiszę następnym razem. Kiedy tylko znajdę wolną chwilkę.


poniedziałek, 6 października 2014

Czas na dach.

W harmonogramie remontowym dach był na pierwszym miejscu. Ale...
Po dokładnych oględzinach nie znaleziono większych uszkodzeń więźby, więc wystarczyło znaleźć dachówkę i przekrywamy. Oczywiście sami, to przecież banalne. Ekipa się zebrała, ale nie było dachówki. Urlopy zarezerwowane na wrzesień. Kiedy dachówka się znalazła, dekarze-amatorzy zaczęli trochę powątpiewać w swoje możliwości, dach jest przecież ogromny. Zaczęło się poszukiwanie majstra, który by robotę nadzorował. Majster się znalazł, ale ma czas dopiero wiosną. Dobra, poczekamy. Dziury w dachu załatane, strych osuszony, więc wystarczy rynny wymienić i zimę przetrwamy.

Tak wyglądały nasze rynny.



Przez długie lata woda lała się strumieniami pod dom. Nic dziwnego, że w podłoga w sieni po każdym deszczu pokrywała się warstewką wody.
Montowanie zajęło nam dwa dni. W roli głównej wystąpiły: rynny, wiertarka, sznurek, drabina, rusztowanie i teodolit.


Czas przy teodolicie dłużył się niemiłosiernie. Na drabinie płynął szybko. Zwłaszcza, że dwoma torami, bo w tym czasie montażysta nadzorował prace pomiarowe pod Częstochową ;)




Praca zakończona. Przed deszczem jeszcze zdążyliśmy zrobić kanalizację deszczową i woda już opływa z okolicy domu. W przyszłości będzie zasilać staw kąpielowy zwany rezerwuarem wody na potrzeby gospodarstwa rolnego.

A oto jego skromne początki :)



czwartek, 2 października 2014

Skarb.

Na nasze półtora hektara można popatrzeć tak: nie dość, że działka nie jest płaska, to jeszcze częściowo podmokła. Albo tak: woda na działce to skarb. Trochę problemów, owszem, ale ile zysku! Europa pustynnieje, a u nas ciągle coś się sączy. I tu, i tam, i jeszcze tam... Hektar łąki to pięknie nachylony na południe stok. Pomimo kilku działających drenów, są jeszcze miejsca porośnięte sitami. Na próbę zrobiłam w jednym z tych miejsc odkrywkę: całkiem ładna warstwa próchnicy, a pod nią prawie metr iłów. Na pozór sucho. Wystarczyło pół godziny, żeby dołek wypełnił się wodą. Cudo :))) Projekt zagospodarowania działki czyli zamienienia jej w rajski ;) ogród z wieloma ekosystemami pięknieje z dnia na dzień. Te bagienka dają tyle możliwości! Skarpa również, ale trzeba ją odpowiednio ukształtować.
Miałam sporo pomysłów, ale brakowało mi odwagi na radykalne działania. I wtedy wpadła mi do ręki książka Seppa Holzera. Czytałam ją z wypiekami na twarzy, ponieważ to, o czym tylko marzyłam, Holzer stosuje z powodzeniem od 50 lat w swoim alpejskim gospodarstwie. Sądziłam, że taka uprawa ziemi jest idealistycznym wymysłem. Ale to się sprawdza w praktyce! U niego nie ma pojęcia chwast lub szkodnik, nie walczy z mszycami, nornicami, sarnami. Nie narzeka na ostry klimat, wiatry, złą glebę i pochyłe stoki. Wady zamienia w zalety. Skoro u niego to się sprawdziło, to u nas też się da.
Na naszym stoku trzeba zmodyfikować trzy zjawiska:
  1. dokuczliwe zachodnie wiatry
  2. erozję gleby
  3. brak różnorodności biologicznej
Konieczne będzie usypanie wałów i ich zadrzewienie, utworzenie tarasów, aby zahamować spływ ziemi oraz stworzenie różnych siedlisk - cienisty zagajnik, bagienko, sucha łąka, kamienny stok dla ciepłolubów. Dla każdego coś dobrego. Znowu się rozmarzyłam...

No tak, muszę zejść na ziemię: dom nie jest zachwyconą tą wodą. Trzeba działać. Ilu remontujących, tyle pomysłów, jak to robić. Każdy wie najlepiej, można dostać zawrotu głowy. Postanowiliśmy zaufać W. , naszemu guru od starych domów. Sprawdziliśmy głębokość fundamentów - średnio 10 cm :)))) więc drenaż trzeba poprowadzić z dala o nich. Największym problemem był północny fragment domu obsypany ziemią na wysokość pierwszego piętra. Długie narady z architektem, potem jeszcze dłuższe konsultacje z naszym guru. Rozwiązanie najskuteczniejsze niestety jest najbrzydsze i najdroższe, bo skarpa w dużej części musi zniknąć :(

Zaczęło się od zwiezienia żwiru, piasku, a przy okazji wyczekanego obornika. I wtedy przekonaliśmy się o skutkach erozji naszego stoku: podwórko było pokryte grubą warstwą humusu, który latami spływał na nie jakby specjalnie do tego stworzonym wąwozem wzdłuż stoku (dawna droga dojazdowa do wyżej położonych pól). Sądziliśmy, że zarówno droga dojazdowa, jaki i podwórko są dobrze utwardzone. Jesienna niespodzianka: przyjechaliśmy po tygodniowych deszczach i na początek ugrzęźliśmy przed stodołą. Ciężarówka ze żwirem przezornie na podwórze nie wjeżdżała. Na próżno, i tak ugrzęzła, więc część żwiru wysypała na drogę. Ale od czego są małe kobiece rączki. Nie wiedziałam, że żwir jest taki .... ciężki ;)


Następna ciężarówka przywiozła 8 ton obornika. Utknęła o wiele wcześniej. Znowu małe kobiece rączki. Tym razem poddałam się w połowie pracy.

Woda stoi też w naszym salonie. Ups, zapomniałam trochę w nim posprzątać.

 
Wreszcie przyjechała wielka koparka. Uwijała się w takim tempie, że nie nadążaliśmy z decyzjami, gdzie to wszystko układać, a do tego trzeba było pilnować, żeby nie zmieszać warstwy próchnicy z martwicą.

Na pierwszy ogień poszła wspomniana północna skarpa.




Nie wiem czemu nie zrobiłam zdjęć na koniec, ale widok był dla mnie wstrząsający.  Czy to wykop pod na autostradę?

O zachodzie słońca można było wrócić do montowania rynien.


Z wywiezionej ziemi kształtują się pierwsze wiatrochronne pagórki.


I pierwsze tarasy. Poniżej zaczątek tarasu pod samoobsługową kwiaciarnię. Widać ją? Trochę wyobraźni i ....







Coś na tej zasadzie, tylko na początek łatwiejsze w uprawie. Można posiać kosmosy, nagietki, cynie, lwie paszcze, słoneczniki. Niewiele wysiłku, a ile frajdy!
Oczywiście straszą mnie, że to w Polsce nierealne, ale... Po pierwsze trzeba spróbować, a po drugie to nie będzie nastawione na dochód, tylko taka atrakcja Janic. Nawet jak ktoś ukradnie puszkę, to zapewne wiele nie zyska ;)
I tak uwielbiam uprawiać kwiatki, niech inni też się nimi cieszą.


czwartek, 28 sierpnia 2014

Sierpień, część 2.

Uciechy wiejskiego życia - odwiedziny u sąsiadów. Najbliżej chyba mamy do Inkwizycji, więc nie marnujemy żadnej okazji, żeby tam zajechać. Za każdym razem nowe atrakcje. Najpierw jagnię, potem jagnię z kozą, potem jagnię z dwiema kozami. Końca nie widać ;) Bo jeszcze piękne owczarki, hucuły i rogate owce.








Ostatnio najechaliśmy to pięknie położone gospodarstwo w poszerzonym składzie i zafundowałam mojej Mamie hipoterapię z hippofobii. Jakoś tak się złożyło, że do tej pory nie miała żadnych doświadczeń w kontaktach z końmi. Pewnie dlatego, że się ich bała ;)
Nadszedł najwyższy czas, żeby to zmienić. Konie u Inkwi są łagodniejsze niż baranki (zwłaszcza te pasące się obok). Bez obaw przystąpiliśmy do dzieła.

 Na rozgrzewkę uścisk kopytka szanownej kózki.

Potem rzut na głęboka wodę.

 Nie tylko Mama miała niepewną minę.



 Potem było coraz lepiej. Wzajemne czułości. Small talk trójgatunkowy.

 


 Zakończono cudownym uzdrowieniem :)