Dzikie Róże



O tym jak toczą się dalsze losy naszego marzenia możecie przeczytać tutaj:
https://dzikierozewjanicach.blogspot.com/

niedziela, 26 lipca 2015

Tajemnice murów

Po skuciu tynków naszym oczom ukazał się ciekawy widok. Dom jak patchwork. Tu kamień, tam wypalana cegła, jedna solidna, a inna się kruszy, obok cegła surowa. Na dodatek między warstwami murów tynk. Patrzyliśmy i my i ekipa, która już nie jeden taki stary dom remontowała i nic nie pojmowaliśmy. Na pomoc przyszli niezawodni S. Teraz wydaje się wszystko jasne, a przynajmniej całkiem sporo.

Oto co udało się wspólnymi siłami ustalić.
Na początek ściana wschodnia. Zarys odrębnej cegły na piętrze sugeruje, że kiedyś był tu szachulec.



Podpisy stolarza z 1920 roku znaleźliśmy właśnie pod podłogami w tej części domu. Wygląda na to, że likwidacja szachulca, wymiana stolarki i podłóg odbyła się tuż po wojnie. Czyżby spłynęło jakieś odszkodowanie wojenne? Przynajmniej zdążyli przed hiperinflacją ;)

Trudniej zrozumieć historię powstawania ściany południowej.
(plastikowe okna i talerz nie zostały oczywiście wstawione przez nas!)

Cegła na piętrze jest takiej samej kiepskiej jakości, jak od wschodu - wymiana po szachulcu, natomiast lewa strona parteru to już wyzwanie dla historyka. Mieszanka materiałów i zagadkowy układ. Sprawa wyjaśnia się trochę po skuciu tynków w narożnym pokoju. Widać kamienny "szkielet" o wymiarach 5.5 na 5.5 metra. Tworzą go słupy ze ściętymi szczytami pokryte tynkiem na styku z ceglanym wypełnieniem.Czyżby to był pierwotny dom? Ale jednoizbowy? Może jakiś budynek gospodarczy? Kuźnia?





"Otynkowane" słupy w przybliżeniu.

Prawdopodobnie pierwotnym wypełnieniem przestrzeni między słupami było drewno. Jak widać do wtórnego wypełniania użyto także niewypalanej cegły (to ta jasna z kamykami). Ciekawe jak dawno takiej używano?

Zastanawiamy się nad słupem północno - zachodnim. Od południowej strony nie widać analogicznie położonego tynku, natomiast od północy wystają z niego podłużne kamienie. Rusztowanie dla dalszego ciągu? Do niego została dostawiona ceglana ściana cofnięta o kilkanaście cm w stosunku do linii muru.



Oryginalna równoległa ściana, która mogłaby rzucić trochę światła, już nie istnieje. Umieszczono tam piec kuchenny, obecnie zburzony. Widać trochę bałaganu (?) zmian koncepcji (?), historii (?) przy jej murowaniu.


Na jednej ze ścian widać zmiany umiejscowienia drzwi.


Najnowszy w tym pokoju jest chyba sufit. Jego budowniczowie, podobnie jak i my, także wykorzystywali materiały z odzysku. Widać stare drzwi i belki po demontażu szachulca z charakterystycznymi zastrzałami. Potem zostało to przykryte słomą i tynkiem.



I jeszcze jeden wniosek z prowadzonego śledztwa. Stolarka z XIX wieku była zielona. Co prawda okna od południa i wschodu, czyli części mieszkalnej gospodarzy są białe, trójdzielne, z charakterystycznym (podobno) dla okresu międzywojennego zdobieniem, ale część dla parobków jest zielona, z podziałem na sześć pól. I jeszcze wersja mieszana: białe, ale starego typu, dzielone na sześć są w pokojach dla rodziny gospodarzy, ale od strony kurnika (czyżby mieszkała tam pośledniejsza część rodziny?). Wygląda na to, że białe okna pochodzą z 1920 roku, natomiast te z części gospodarczej nie zostały wymienione.

Te okna były kiedyś białe, to te najelegantsze.


Starszego typu, ale przemalowane na biało.



 I te najstarsze.


Nasuwa się jeszcze jedno pytanie związane z oknami. Otwory okienne nie są dopasowane do okien zarówno starego, jaki i nowego typu, są od nich większe. Braki uzupełniono od dołu dwoma rzędami cegieł. Dlaczego?

sobota, 25 lipca 2015

Starzejemy się


Nadal nie znaleźliśmy żadnych dokumentów z przeszłości, więc opierając się tylko na poszlakach datowaliśmy naszą zagrodę na przełom XIX i  XX wieku. Na portalu domu sąsiadów, który jest bardzo podobny do naszego, widniała data 1899. Mamy 115 lat? Może mniej? Stolarka wydaje się być z okresu secesji, a pod podłogą na piętrze znaleźliśmy to:




Ale w takim razie dlaczego stodoła została oceniona przez fachowca na początek XIX wieku?

Szukając śladów przeszłości dotarliśmy do mapy pochodzącej z 1827 roku i nagle przybyło nam kolejne 100 lat! Widać na niej i nasz dom i stodołę, a także nieistniejący już budynek poniżej stodoły, na którego fundamenty natknęliśmy się niedawno. Rozlokowanie budynków jest dość dokładne, można rozpoznać większość z istniejących do dzisiaj domów. Nawet zbiornik p/pożarowy jest w tym samym miejscu!


Publikuję tylko mały fragment mapy, bo całość została nam udostępniona z berlińskiego archiwum z zaznaczeniem "bez prawa do publikacji". A fragmencik można?

sobota, 18 lipca 2015

Krowa

Od miesięcy M. głowił się nad sposobem oczyszczenia ścian i pokrytych grubą warstwą lakieru desek, drzwi, mebli. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się piaskowanie. Usługa droga, ale w przypadku ceglanych ścian i sufitów chyba konieczna. No i zaczęło się. M uparł się, że trzeba kupić piaskarkę i kompresor. Dla niewtajemniczonych: cena tego ustrojstwa jest kosmiczna. Głosowałam przeciwko. Przecież nie trzeba od razu kupować krowy, żeby napić się mleka. I tu się myliłam, bo potrzebujemy hektolitrów mleka ;)
Żeby było taniej, trzeba kupić krowę zepsutą i w częściach. Potrzebne są:
  •  tydzień rodzinnego grzebania we wnętrznościach (M. codziennie wracał ubabrany smarem i wielce szczęśliwy), 
  • trochę walki z przyciąganiem ziemskim podczas transportu (waży toto prawie pół tony)
  • strój astronauty z zapasowymi szybkami też jest niezbędny.




Po godzinie pracy mój ukochany minę miał nietęgą. Na szczęście jest niezastąpiony pan B., który potrafi znosić takie zapylenie nawet w trzydziestostopniowym upale .

A jakie są tego efekty!




Dla przypomnienia ten sam sufit przed piaskowaniem.



Podsumowując, urządzenie jest świetne, choć czasem odmawia współpracy. Rozumiemy to doskonale, staruszek ma swoje prawa. I jeszcze techniczna podpowiedź : do piaskowania drewna lepiej nie używać piasku kwarcowego  1 mm, bo zbytnio niszczy strukturę. Trzeba szukać drobniejszego, my znaleźliśmy taki w Osiecznicy.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Coraz bliżej celu


Wygląda na to, że tytuł tego bloga może wkrótce zdezaktualizować się. Choć nadal nie mogę w to uwierzyć, przeprowadzka już się powoli zaczyna. Na razie klamoty wypełniły stodołę, bo w domu nie było kawałka bezpiecznego miejsca. 
Zmiany przychodzą tak szybko, że trudno za nimi nadążyć. Ostre podkręcenie zaczęło się dokładnie 24 kwietnia. Wtedy to jakby mimochodem sprzedaliśmy nasz dotychczasowy dom. Tempo było identyczne jak przy kupowaniu domu w Janicach: w poniedziałek po 15 minutach oglądania kupcy są zdecydowani, w piątek jesteśmy u notariusza. Nie taki był plan! Zastój na rynku nieruchomości i wystawiona cena dawały szansę na znalezienie chętnych  po roku, dwóch, a tymczasem trwało to kilka dni. Jeszcze długo byliśmy w szoku, teraz chętnie cofnęłabym czas. Ale klamka zapadła, trudno.Wiem, wiem - trzeba było sprzedać, ale tak bezpiecznie się czułam mając jeszcze spokojne zaplecze. Teraz w oczy zagląda mi widmo tymczasowej bezdomności.
Nie pozostaje nam nic innego, tylko zostać ludźmi wielkiej wiary. Pan P. zapewnia, że zdążą, to zdążą. To nic, że pracowników na budowie ubywa, że wychodzą różne niespodzianki. W coś trzeba wierzyć, no nie?
No bo idzie do przodu. Tak sień wyglądała w czerwcu.






A tak w lipcu.


Drewniany sufit w czerwcu.



 Obecnie.



Pokój dzienny jeszcze nie za bardzo nadaje się do pokazania .


Postronnemu obserwatorowi może się wydawać, że dało by się szybciej. Otóż nie, nie da się. Bo to nie jest standardowy remont, tutaj nie kupuje się cegły, gotowych drzwi lub podłogi w supermarkecie. Większość materiałów albo udało się odzyskać z tego domu albo pochodzi z rozbiórek innych. Trzeba nieźle się nagłowić, jak je wykorzystać i dostosować do naszych potrzeb.  A do tego najczęściej trzeba to robić zdalnie, bo mieszkamy 360 km stąd.
Czasem zdarza się nam przeszarżować w optymizmie powtórnego wykorzystania. Tak było z naszymi starymi drzwiami. Nie przyglądając się dokładnie ich wysokościom, rozdysponowaliśmy je w nowe miejsca. Przy jednych z nich sporo trzeba było się natrudzić, bo futryna była osadzona strasznie mocno.  Miały trafić do gościnnej łazienki. Dopóki podłoga nie uzyskała docelowej wysokości, nie zauważyliśmy, że wybraliśmy najniższe drzwi w całym domu. Tylko ja nie rozbijam sobie o nie głowy. W trosce o życie naszych gości trzeba je przenieść w inne miejsce i szukać innych, bo nasze zbiory już się skończyły.



 Musimy też szukać innych drzwi wejściowych. Po oczyszczeniu okazały się być koronkowe w wielu miejscach. Znajdziemy się dla nich jakieś inne miejsce, a teraz trzeba podjąć decyzję, czy robimy wierną rekonstrukcję, czy wersję ze współczesnymi parametrami, a może odnawiamy oryginał z innego domu?