Dzikie Róże



O tym jak toczą się dalsze losy naszego marzenia możecie przeczytać tutaj:
https://dzikierozewjanicach.blogspot.com/

czwartek, 28 sierpnia 2014

Sierpień, część 2.

Uciechy wiejskiego życia - odwiedziny u sąsiadów. Najbliżej chyba mamy do Inkwizycji, więc nie marnujemy żadnej okazji, żeby tam zajechać. Za każdym razem nowe atrakcje. Najpierw jagnię, potem jagnię z kozą, potem jagnię z dwiema kozami. Końca nie widać ;) Bo jeszcze piękne owczarki, hucuły i rogate owce.








Ostatnio najechaliśmy to pięknie położone gospodarstwo w poszerzonym składzie i zafundowałam mojej Mamie hipoterapię z hippofobii. Jakoś tak się złożyło, że do tej pory nie miała żadnych doświadczeń w kontaktach z końmi. Pewnie dlatego, że się ich bała ;)
Nadszedł najwyższy czas, żeby to zmienić. Konie u Inkwi są łagodniejsze niż baranki (zwłaszcza te pasące się obok). Bez obaw przystąpiliśmy do dzieła.

 Na rozgrzewkę uścisk kopytka szanownej kózki.

Potem rzut na głęboka wodę.

 Nie tylko Mama miała niepewną minę.



 Potem było coraz lepiej. Wzajemne czułości. Small talk trójgatunkowy.

 


 Zakończono cudownym uzdrowieniem :)


Migawki z Dnia Otwartych Ogrodów w Giebułtowie.



O tym, że w Giebułtowie są piękne ogródki wiejskie przeczytałam dwa lata temu na blogu Zielonej Metamorfozy http://zielonametamorfoza.blogspot.com/2012/07/ogrodki-polskiej-wsi-giebutow.html . Ucieszyłam się wielce, że można w necie znaleźć takie perełki. Dzięki takim tekstom powoli zmienia się świadomość Polaków i zaczyna być doceniane bogactwo kulturowe wsi. Jeszcze tyle kompleksów w nas tkwi, wielu wstydzi się swoich wiejskich korzeni i łatki „wieśniaka”. Więc jak już ktoś buduje lub remontuje dom na wsi, to musie udowodnić, że on nie burak. I wieś zalewają pałacykopodobne, dworkopodobne lub zamkopodobne koszmarki otoczone obowiązkowym żywopłotem z tui i obsadzone tym wszystkim, co z wiejskim ogródkiem broń boże nie może się skojarzyć.
Wzdychałam retorycznie: „Czemu my nie mieszkamy na wsi, też chcę mieć takie otoczenie, jak tam w Giebułtowie.” Potem już mniej retorycznie wzdychałam czytając o Dniu Otwartych Ogrodów http://zielonametamorfoza.blogspot.com/2013/12/giebutow-podsumowanie.html. Wtedy szalona decyzja o przeprowadzce na wieś była już podjęta, ale o Pogórzu Izerskim nawet nie marzyliśmy, bo dla nas to za daleko. Nie doceniliśmy naszej determinacji ;) Te 4 godziny jazdy w jedną stronę teraz są jak bułka z masłem, a od momentu zjazdu z autostrady na Strzegom, napatrzeć się nie mogę na mijane krajobrazy.
O mały włos zapomniałabym o tym, że szykuje się taka fajna impreza po sąsiedzku. Dobrze mieć pamięć zewnętrzną, podziękowania dla Tusculum za przypomnienie :)
Oj, nie doceniłam tej imprezy. Myślałam, że wpadnę na godzinkę i przemknę po cichu (jakoś tak krępuję się wchodzić nieznajomym do ogrodu).  Nic z tego! Jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, przepadliśmy.
Fantastyczna impreza! Niesamowici gospodarze! Świetna organizacja! Giebułtów mnie zauroczył.


 W punkcie informacyjnym dostaliśmy mapkę ogrodów do zwiedzania, godziny koncertów, ulotki o atrakcjach turystycznych Giebułtowa, pamiątkowy długopis i pyszne jabłka :)

Szkoda, że nie mieliśmy całego dnia do zwiedzania, bo w każdym z ogrodów można było spędzić przynajmniej godzinę. Na ogrodzeniach wisiały wielkie plakaty i numer ogrodu. Wszędzie witano bardzo serdecznie. Właściciele oprowadzali nas po swoim królestwie, była kawa, herbata, słodkości, świeżo upieczone ciasta. Już po chwili można było poczuć się jak u starych znajomych.
My zwiedziłyśmy tylko cztery ogrody, ale Tuskulanie wszystkie:  Relacja Riannon

Wybór zdjęć będzie bardzo subiektywny, bo przecież takie są zawsze nasze relacje. Mam nadzieję, że nie pomylę nazwisk- korzystam z mapki do zwiedzania. Jeżeli coś pokręciłam, to bardzo przepraszam.

Na początek ogród państwa Alchimowiczów



 Gospodarz prezentuje swój patent na aromaterapię w altanie.

Aby suszące się zioła nie przeszkadzały siedzącym przy stole, jednym ruchem linki można je podciągnąć pod szczyt altany.
Mogliśmy skosztować herbaty z samowara

a urocze córki poczęstowały nas szarlotką.





Widoczny w dole mostek jest sposobem na kontakty międzysąsiedzkie, bo łączy dwa ogrody. Świetna inicjatywa!



Jest również piękny warzywnik.


 Powitanie w kolejnym ogródku.


Małe co nieco na wzmocnienie przed zwiedzaniem.





 Na pożegnanie dostaliśmy dynię, a ja wyszłam z siatką różnych bylin do kolekcji :)


Nieopodal było wejście do następnego.

Założony na niełatwym terenie, bo spora część jest na zboczu. Płaski teren wykorzystano na warzywnik i piękny trawnik otoczony żywopłotem z kilku odmian róży pomarszczonej.

 



Powinnyśmy były już wracać, ale nie udało się. Trzeba zobaczyć choć jeszcze jeden ogród . Było warto, chociaż gospodarze założyli go zaledwie kilka lat temu.
Wzorowo zorganizowany, ma wszystko, co wiejski ogród mieć powinien.
Kwiatowy przedogródek.


Do warzywnika prowadzi smaczna brama.

Część warzyw uprawiana jest w tunelu.

Młode owocowe drzewka uginają się pod ciężarem owoców.
 To zapewne także zasługa producentów nawozu;)


 W tym ogrodzie zwierzęta mieszkają w luksusowych warunkach. Mają tyle przestrzeni, że mogą urządzać sobie wyścigi!
Świnki zaraz podbiegły do nas i chciały pokonwersować. Niestety goście byli trochę nierozgarnięci i niezbyt im to wyszło .

Z wielkim żalem żegnałam Giebułtów. Jeszcze pstryknęłam parę fotek z głównej ulicy.










 Uff, to tak pokrótce. 

Jestem bardzo wdzięczna pomysłodawcom i organizatorom za taką świetną imprezę.  Widać, jak wiele trudu w to włożyli.
Kiedy będzie następna?